Oskrzynia – czyli element łączący nogi i dający podparcie dla blatu, daje całości stabilność. Tradycyjnie oskrzynia jest połączona z nogami za pomocą czopów – części męskiej i gniazd – żeńskiej. Omówmy na szybko anatomię takiego czopa bo to interesujące (przynajmniej dla mnie).

IMG_3800

W zasadzie to czop który wykorzystamy ma swoją nazwę – czop podwójny szeregowy z odsadzką prostokątną. Już wyjaśniam z czym się to je. W kolejności od lewej:

  1. Odsadzka (prostokątna właśnie – są jeszcze np. skośne) – dodaje całości odporności na siły skręcające. Ma też jeszcze mniej istotne funkcje.
  2. Czop pierwszy.
  3. Ja to nazywam „mostkiem” – nie dotarłem do oficjalnego nazewnictwa, jest pewnym zabezpieczeniem aby w przypadku zsychania się drewna nie powstała brzydka szczelina przez którą będzie widać np. światło. Słoneczne – nikt chyba nie będzie trzymał w szufladzie włączonej lampy. Chociaż…
  4. Czop drugi – w szeregu za pierwszym – już kumacie skąd nazwa?

Dlaczego nie zrobiłem jednego, dużego czopa? Bo to było by niezdrowe dla naszych świeżo wystruganych nóżek. Kto to widział – noga z taką dziurą…

Wykonajmy więc oskrzynię. Najpierw materiał.

IMG_3773

Znaną nam już metodą produkcji płaskich desek, produkujemy odpowiednią ich ilość. Czyli cztery. Tutaj pewna uwaga – nie potrzebujemy strugać wszystkich stron naszych przyszłych elementów oskrzyni. Tylko prawą płaszczyznę i prawą krawędź. Czyli płaszczyznę którą będzie widać i krawędź na której będzie leżał blat. Tył zostawiam surowy, dolną krawędź strugam na szybko. Teraz sposób na powtarzalne, banalnie łatwe i przede wszystkim precyzyjne narzynanie czopów. Prowadniki magnetyczne.

IMG_3785

Tak to działa…

IMG_3805

Należy zawsze licować z prawą płaszczyzną – prowadnik nr 1.

IMG_3808

Wystarczy narzynać.

Potem prowadnik nr 2 – kolejność ma znaczenie…sprawdźcie sami dlaczego.

IMG_3809

Prawe cięcie jest dłuższe – to nie jest pomyłka. Tak ma być. Zaraz wyjaśnię. Ale na chwilę musimy wrócić do kwestii właściwych narzędzi. Potrzebujemy precyzyjnej piły do odsadzenia czopów. Nasza piła z Juli jest wyśmienita ale niestety nie do wszystkiego. Bóg mi świadkiem – próbowałem, ale to gra niewarta świeczki. Każda pomyłka na tym etapie to konieczność wykonania całego elementu od nowa a tego bym nie chciał. Jednym słowem potrzebujemy piły grzbietnicy. I tutaj klops! W ofercie marketów budowlanych nie znalazłem niczego sensownego. Owszem – są np. piły japońskie ale jakoś…nie ten tego. Zresztą i tak potrzebna nam będzie porządna płatnica do wykonania połączeń szuflady. Nie ma rady – tutaj należy zainwestować w jakość. Wybrałem Veritasa 12 ppi. To dobry stosunek ceny do jakości.

IMG_3804

Są oczywiście lepsze i droższe grzbietnice ale Veritas jest akurat na nasze potrzeby. Jeszcze raz przestrzegam – na początku zabawy w stolarstwo, na etapie poznawania podstaw – nie kupujcie starych pił. Kupcie najpierw porządne, nowe narzędzie, żeby w ogóle wiedzieć jak powinna działać dobra piła. Jeżeli jednak najdzie Was na poszukiwanie zabytków to tutaj znajdziecie nieco informacji.

IMG_3803

Np. ta druga od lewej – staruszek, grubo ponad 100-letni – bije na głowę Veritasa ale to naprawdę długa opowieść, jak taką piłę kupić a potem przygotować do pracy.

Wracamy do budowy. Odsadzanie czopów.

IMG_3811

Linię cięcia trasujemy ostrym nożem.

IMG_3813

I tniemy – czyli odsadzamy czop.

IMG_3814

Nic nie mierzę – nanoszę tylko kropki z prowadnika i trasuję linie cięcia. Mierzyć jak najmniej – mierzenie powoduje pomyłki.

IMG_3815

O mały włos – uratowały mnie moje znaczki – gdybym wyciął zakreskowany fragment – cały element był by do wymiany.

IMG_3816

Zewnętrzna – widoczna strona. Dobrze posadzone połączenie.

IMG_3802

Strona wewnętrzna – szpara która jest tam z kilku ważnych powodów.

IMG_3817

Oto one:

  1. Nie muszę się zajmować dopieszczaniem niewidocznej części połączenia – zostawiam po prostu szparę i mam to w nosie – dbam za to o to, żeby widoczna strona była prima sort.
  2. Pozostawiona szpara daje miejsce na lekkie manewry całością w trakcie klejenia.
  3. Te „lekkie manewry” polegają na „przymuszeniu” połączeń tak, aby do siebie pasowały. Do „przymuszania” używam siły – oczywiście – z rozsądkiem. Po co to wszystko?

Zdradzę Wam pewną tajemnicę. Chodzi o to, że mebel którego elementy nie do końca idealnie ze sobą pasują i które trzeba do tego nakłonić jest zdecydowanie trwalszy. Zdziwieni? Czysta fizyka – takie „naginanie” buduje delikatne naprężenia i siły którymi elementy mebla oddziałują na siebie nawzajem, usztywniając i wzmacniając konstrukcję.

Jeszcze wycięcie na szufladę – trochę zabawy dłutem i wypiłowanie reszty. Obowiązuje prosta zasada – tnę do linii…

Zaczyna to wyglądać jak stolik.

IMG_3845

Kilka chropawych desek, proste narzędzia i trochę chęci. No dobra – może jeszcze trochę wiedzy i odrobina doświadczenia.

C.D.N.

PS. Jeżeli komuś podoba się „naturalne drewno” to lojalnie uprzedzam – mebel będzie malowany na najbardziej męski kolor jaki znam. Ci, którzy lubią starą motoryzację poznają od razu. Acha – blatu nie maluję. To już był by grzech…