Kreuję rzeczywistość którą Wam pokazuję. Ani ja ani mój warsztat nie wyglądają tak jak pokazuję to na zdjęciach albo filmikach. Robię to z rozmysłem, wykorzystując do tego celu różne narzędzia o których działaniu nie macie pojęcia 😉

Oglądałem ostatnio film pt. „Kodachrome” z Edem Harrisem. Ed gra znanego fotografa który umiera na raka. Bla bla bla. Banalna historyjka. Trafiła mnie jedna scena. Ed zapytany dlaczego cały czas używa swojej analogowej Leici a nie aparatu cyfrowego odpowiada – „A trzymałeś kiedyś sztuczne cycki? Są ładne ale nieprawdziwe”.

Fotografuję różne rzeczy od lat ale muszę przyznać, że dopiero postęp technologii w dziedzinie fotografii cyfrowej sprawił, że zacząłem się rozwijać w tej dziedzinie. Lustrzanki cyfrowe staniały do rozsądnego poziomu (szczególnie używane), sam proces edycji jest wygodny. Bez ciemni i odczynników. Dzisiejsze aparaty są doskonałe w porównaniu do starych analogów – mają wbudowane światłomierze, autofocusy i inne takie. Obiektywy – nawet te najtańsze – oferują zaskakująco dobrą jakość obrazka. Jest jednak jeden zgrzyt. Jedna myśl nie daje mi spokoju. Co ja właściwie fotografuję? Czy naciskając spust migawki chcę zrobić najlepsze możliwe zdjęcie? Nie! Chcę zarejestrować możliwie najwięcej danych na temat obrazka który widzą moje oczy! A potem dokończyć realizację w komputerze. Mało tego. Zaczynam patrzeć na świat poprzez krzywe, gradienty, suwaki…

Nie wiem, do czego to zmierza. Szczególnie w kontekście mojej stolarskiej podróży – właściwie bez prądu. Blisko natury. A tu taki dysonans! Co myślicie…